Translate

środa, 4 września 2013

Najwyższe "dobro" oraz jak się pożegnać i przywitać z psem

Tapczan jest miejscem spoczynku, okupowany przeze mnie i mojego męża, wcześniej przez psy i ich ciekawe zachowania....
Jeśli któryś z moich psów chce "zagarnąć" dla siebie jakieś miejsce, np. legowisko, poduszkę czy tapczan, siusia na nie. O ile można takie zachowanie przerwać poprzez huknięcie, klaśnięcie, czy inny dźwięk używany do zmiany zachowania psa, w momencie kiedy my jesteśmy w domu i kiedy widzimy zachowanie pupila; o tyle takie zachowanie staje się problematyczne, kiedy psy wykonują je pod naszą nieobecność.
Psy uznały, za najwyższe dobro- tapczan na którym wypoczywam i śpię. Wszystko przebiegało pięknie pod moją obecność w mieszkaniu, ale wystarczyło, że wyszłam (nawet na moment, nie mówiąc już o kilku godzinach spędzanych w pracy), kiedy wracałam, jedyne co mogłam zrobić, to wziąć miskę z ciepłą wodą, detergentami i specyfikami przeciwko psiej urynie. Po kilku takich incydentach, miałam wrażenie, że staję się coraz bardziej bezradna, nie rozumiałam w jaki sposób "powiedzieć" psom, że to jest moje miejsce i nie życzę sobie takowych zachowań. Tosia od szczeniaczka była przyzwyczajona do przebywania na łóżku, a z racji, że jest "ciepłą kluską", nieporadną kulką yorka, nadal pozwalałam jej przebywać na tapczanie. Któregoś dnia do mnie doszło, że jedyną metodą jest zagarnięcie dla siebie całego tapczanu. Z ciężkim sercem, ale wytrwale, zakazywałam Tosi wchodzenia na moje "posłanie". Każde z psów otrzymało wypasione legowisko i tam miały spędzać noce oraz odpoczywać w ciągu dnia. Po całkowitym banie na tapczan, ku mojemu zdziwieniu, psy przestały załatwiać swoje potrzeby w tym miejscu. Grzecznie chodzą na korytarz, gdzie jest przygotowany dla nich podkład.
W legowiskach psy otrzymywały głaskanie i przysmaki, chwalone ilekroć się kładły. Teraz wchodzą zaproszone, kiedy chcę się z nimi przywitać, oraz pozwalam wskakiwać na kolona.

Przywitanie to również ciekawa sprawa. Żeby się przywitać, najpierw musimy się pożegnać- zacznę zatem od początku. Kajtek to mały furiat, ilekroć wychodziłam z mieszkania, on nadzierał się jak potępieniec. Wycia na wysokim tonie, przemieszane z wysokim szczekaniem. W pewnym momencie zaczęłam się bać, że sąsiedzi będą mieć do mnie pretensje (oczywiście- słuszne, bo nikt nie powinien być skazany na wysłuchiwanie wycia psów). Zaczęłam myśleć (i szukać po książkach), gdzie robię błąd. Jak "powiedzieć" Kajtkowi, że nie powinien szczekać. Na początku wybrałam niezwykle nieskuteczną metodę, rzucania kiełbasy i w nogi. Pies szybko skonsumował kiełbasę, a kiedy ja zdążyłam wyjść z bloku zaczynał swój proces wycia- znowu. W książce Jan Fannell* przeczytałam, że nie należy żegnać się z psem (oraz witać). Z psami się nie żegnałam aby ich nie ekscytować, pomyślałam, że muszę zejść krok niżej, tzn. jeśli wiem, że będę wychodzić, muszę zmienić swoje zachowanie. 6:30 dzwoni budzik, wstaję, przywitanie z psami- głaski, mówienie do nich, itd. Właśnie to było powodem mojego niepowodzenia. Zaczęłam Kajtka całkowicie ignorować, do tego stopnia, że nawet na niego nie patrzyłam (co jest dosyć trudne kiedy się kocha swojego czworonoga). Kiedy wyszłam z mieszkania, normalnie (bez gadania), zamknęłam drzwi, następnie wyszłam z bloku, chwilę przysłuchiwałam się, czy pies zachowa się znowu w ten sam sposób- odpowiedziała mi cisza... Byłam taka dumna z siebie:) Cały czas stosuję tę metodę, Kajtek (ma 10 miesięcy) jest nadal bardzo pobudliwy, dlatego zarówno ja i mój mąż musimy zachowywać umiar emocjonalny zwłaszcza w porze rannej. Pies w pewnym momencie zorientował się, że suma summarum i tak mnie nie ma, nawet jak na niego nie patrzę i nie mówię do niego od rana, po jakimś czasie znowu zaczął poszczekiwać. Zaczęłam myśleć, co robić dalej, jak nie dopuścić do porannego jazgotu. Do pracy udaję się na rowerze, który trzymamy w mieszkaniu, ilekroć (już ubrana i gotowa do wyjścia) chwytałam rower i wyprowadzałam na klatkę schodową, Kajtek się pobudzał, co w efekcie dawało poszczekiwanie. Pomyślałam, że zmienię ten rytuał. Budzik- 6:30, wstaję z łóżka i jeszcze w piżamie wyprowadzam rower na korytarz (nie jadę nim przez całe mieszkanie jak wcześniej). Po raz kolejny zmiana mojego zachowania wpłynęła na zmianę zachowania psa- kolejny sukces!!
Muszę w tym miejscu dodać, że takie czynności muszą być powtarzane, jeśli coś daje znakomity efekt (pożądany), a nie jest przykre dla psa, należy się tego trzymać.
Teraz kwestia przywitania. Moje wejście do mieszkania jest niczym meksykańska fiesta, tyle, że odprawiana przez czworonogi. Skoki, szczekania, piski, przepychanki, wdrapywanie się na nogę, itd. itp. Zawsze bardzo lubiłam się z psami witać, ale zauważyłam, że samo spokojne wychodzenie nie daje takich efektów jeśli pobłażam psom po powrocie do domu. Po raz kolejny musiałam się wziąć w garść i ignorować tego typu zachowania. Kiedy psy się uspokoją, siadam na tapczanie, podchodzą (siadają przy moich nogach) i otrzymują głaski, wtedy zaczynam do nich mówić spokojnym głosem.

Uważam, że rytuał pożegnania (ignorowanie) jak i przywitania (ignorowanie) są równie ważne, bez nich nie osiągniemy zamierzonego sukcesu w nauce psa spokojnego zachowania.

*Fannell, J. "Zapomniany język psów". Przeczytałam książkę jednym tchem, wydawała mi się niezwykle pouczająca i przystająca do najbardziej powszechnych problemów psów mieszkających w domu. Przy obecnej mojej wiedzy, traktuję ją bardziej jako pewną możliwość w prowadzeniu psa, ale nie jako najważniejszy wyznacznik. Należy tę książkę traktować z przymrużeniem oka, bo przecież nie wszystkie psy chcą dominować, a my nie żyjemy w wilczym, pierwotnym stadzie...

Moje psy uczą się metodą pozytywną (również klikerem), ale o tym w kolejnych notkach.

Atak paniki u psa (nerwica separacyjna)


   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz