Translate

środa, 14 sierpnia 2013

Dojrzewanie psa w relacjach domowników ze szczeniakiem

O ile wcześniej miałam do czynienia z psami agresywnymi, Tosia (w szczególności ona) a później Kajtek jawili się niczym aniołki. Tosia miała swoje incydenty typu siusianie na łóżko (!!), które nasiliło się po przyjściu Kajtka. Robiła wtedy wszystko, żeby zaznaczyć swoje terytorium... Wydawała się "dąsać" przez ok. tydzień na nowego przybysza. Szczeniak podbiegał do niej szukając ciepła i zabawy, ona za każdym razem kiedy Kajtek się do niej przytulał, wstawała ostentacyjnie i wychodziła z pokoju lub siadała metr dalej. Kajtek nie dawał za wygraną, próbował wciągnąć Tosię w zabawę. Po tygodniu, Tosia zrozumiała, że nowy towarzysz może być miłą odmianą nudnych godzin bez ludzi. Zaczęła się z nim bawić, chociaż wychodziło to dosyć koślawo. Najcenniejszym dobrem (zabawką) w oczach suczki był (i jest nadal) sznurek z dwoma węzełkami. Wzięłam więc zabawkę w dłoń i jedną częścią zachęcałam Tosię do pochwycenia w zęby, drugą zaś Kajtka. Szczeniak szybko zaskoczył, suczka natomiast potrzebowała wsparcia. Za każdym razem kiedy pochwyciła sznureczek była nagradzana "dobra dziewczynka", "taaak, tak się bawimy" bardzo miłym głosem używanym u mnie, gdy pies zrobi coś pozytywnego. Tośka wyczaiła o co chodzi i od tego czasu bawią się sznurkiem. Z początku siła bazowała na końcu sznurka Tosi, z czasem, kiedy Kajtek zaczął dorastać i nabierać bardziej samczych nawyków (o których szczegółowiej napiszę później), suczka zaczęła odpuszczać. Zauważyłam, że chłopiec nauczył się "wymuszać" konkretne zachowanie na dziewczynie, najpierw był to "pisk" używany by pokazać, że dzieje mu się krzywda, zauważył, że używając tego sygnału, Tosia puszcza węzełek. W ten sposób rozpoczął swoją drogę ku zdominowaniu słabej Tosi, a później i pozostałych domowników... Obecnie Kajtek nie używa już oseskowych "pisków", teraz warczy lub histerycznie potrafi szczeknąć, dziewczyna wtedy się poddaje, a zabawka zostaje zagarnięta dla niego.

Jak wyżej napisałam, Tosia rozpoczęła siusianie na łóżko moje, Kajtka, psie ręczniczki. Przeszło jej z czasem kiedy więź między nimi zaczęła robić się silniejsza. Być może moje krzyki "Nie wolno!" również poskutkowały, chociaż wydaje mi się, że na tamten moment nie miały zbyt dużego znaczenia.

Kiedy Kajtek zaczął wchodzić w wiek nastoletni, mając ze sobą bagaż doświadczeń (komunikacji i wymuszeń) w postaci szeregu pisków i krzyków, po podporządkowaniu sobie Tosi (która zdawała się lubić Kajtka, ale gasnąć zapałem, miała mniej wigoru, oczka wydawały się robić smutne), rozpoczął krucjatę wymuszeń na pozostałych domownikach. Kajtek siusiał do łóżka, szybko zaczął podnosić nogę i opryskiwać meble, przedmioty, a także i ludzi. Wyjechałam z mężem i z psami na długi weekend nad morze, tam- na plaży kiedy ukucnęłam aby mąż zrobił mi zdjęcie w towarzystwie Tosi, uchwycił moment, w którym Kajtuś jak gdyby nigdy nic podnosi tylną łapkę i pryska bok mojego uda. Robił tak nie tylko ze mną ale i z moim mężem oraz z Tosią. Liczne incydenty zaczęły robić się coraz bardziej nieznośne. Wyobraź sobie mieszkanie z psem, który co chwilę podlewa Twoje meble, siusia na Twój tapczan, a ty "posłusznie" dzień w dzień padasz na kolana ze szmatą i kubłem wody z dodatkiem detergentu i szorujesz jego nazwijmy to "ambicje". Na tym etapie nie bardzo zdawałam sobie sprawę co właściwie Kajtek chce nam przekazać, o co chodzi w takim zachowaniu, i że "opryski" to co innego niż "siusiu". Kajtek bowiem (zresztą tak jak i Tosia) załatwia swoje potrzeby i na dworze i w domu na podkład umieszczony na korytarzu. Trochę mu zajęło, zrozumienie, że to na tym białym, dziwnym, mięciutkim ma zrobić siusiu, ale w końcu zrozumiał. Tak, że chodził siusiu na podkład, a opryski mieszkania swoją drogą. Oczywiście, kiedy przyłapywałam chłopca na podnoszeniu nogi na róg od drewnianej komody, brałam za szmaty i na podkład mówiąc "siusiu tu", co później okazało się kompletną pomyłką. W późniejszym czasie (między innymi za sprawą Groomerki) doszło do mnie, że Kajtek oznacza terytorium, i że siusiu robi poprawnie, a niepoprawne zachowanie to zupełnie inna bajka. Musiałam zdać sobie sprawę z tego, że to mój dom i moje terytorium, i że takie zachowania są niepożądane. Nauczyłam się "hukania". Polegało to na tym, że ilekroć zobaczyłam Kajtka podnoszącego łapę na bok tapczanu czy komody głośno hukałam "Łuuuu!" niskim tonem, do tego klaśnięcie i tupnięcie. Mina szczeniaka była niesamowita, przerwałam jego zachowanie i dałam mu do zrozumienia, że tak nie wolno się zachowywać. Używając w momentach nagannych tego typu tonu szybko sprawiło, że chłopiec przestał również podnosić nogę na mnie czy na mojego męża. Sukces przyszedł stosunkowo szybko, chociaż tapczan okazał się być miejscem walki o dobra człowieka i psa...

wtorek, 13 sierpnia 2013

Poznawanie natury psów...

Zapewne trafiłeś na tego bloga wpisując hasła typu: szkolenie pozytywne, psy, trening psów, itd. Pisząc tego posta nie mam pojęcia czy kiedykolwiek ten blog będzie służył jako pomoc w wychowaniu psiego pupila, na chwilę obecną będzie on o tym jak stawiam pierwsze kroki w szkoleniu moich dwóch psów, z których jeden jest prawdziwym ananasem:).

No dobrze, było o czym ten blog (mniej więcej będzie), teraz trochę o mnie i moich motywacjach. Cóż... towarzysz- pies był u mnie w domu od zawsze. Moja mama miała słabość do zwierząt, kiedy przyszłam na świat jako niemowlę poznawałam psa o imieniu Perełka, był to Foksterier szorstkowłosy, niestety Perełka nie była zadowolona z pojawienia się nowego członka rodziny i szybko zaczęła wyładowywać frustrację na mnie i na otoczeniu, nigdy nie była "ułożonym" psem, ale zmiana hierarchii domowej wyjątkowo ją zabolała. Bardzo szybko poznałam nastroje mojego pierwszego psa, gdy tylko miała okazję wślizgiwała się do pokoju i chwytała za moje włosy (jako osesek miałam piękną czuprynkę, niestety nie ostała się do dzisiaj:)), tarmosiła, ciągnęła. Perełka była bardzo wyjątkowa ponieważ towarzyszyła mi przy stawianiu pierwszych kroków, przychodziła kiedy raczkowałam po dywanie, była pierwszą postacią, która znajdowała się w moim zasięgu nie tylko rąk ale i wzroku. Najwcześniejszy moment jaki pamiętam z czasów bycia bobasem, to niepokój kiedy obserwowałam Perełkę. Kiedy stałam się większa i skora do zabawy, pies stał się moim naturalnym celem, nie mam pojęcia ile foksterier musiał mieć w sobie (nazwijmy to) "pokory" (chociaż nie tego słowa szukam), że nie zostałam dotkliwie ugryziona. Pamiętam moją pierwszą zabawę jaką próbowałam przeprowadzić na Perełce, a mianowicie schodząc na "4 łapy" próbowałam cwałować w jej kierunku po czym rzucać się jej na szyję. Pies do tego momentu (chociaż nie wiem w jaki sposób), wiedział już, że w sposób otwarty nie może mnie ugryźć aby przyprowadzić do porządku, dlatego bardzo sprytnie wymyśliła pewien fortel na moją osobę. Perełka stawała koło tapczanu (od dołu tapczan posiadał twarde drewno) i czekała na moment, w którym będę na tyle blisko aby się mogła swobodnie uchylić, przez co kilka razy głową uderzałam o drewno tapczanu. Po kilku takich manewrach, zrozumiałam, że nie jest to miła (dla mnie) zabawa i odpuściłam.
Zajęciem, które ówczesny pies uwielbiał to były zdjęcia. Urodziłam się 85 roku, kiedy panowały Smieny i ostre lampy błyskowe. Perełka uwielbiała wpychać się do każdego zdjęcia, jak tylko widziała, że zastygam w bezruchu aby zdjęcie ładnie wyszło przybiegała, siadała obok i przekręcała główkę.
Nie pamiętam kiedy dokładnie Perełka od nas odeszła, pamiętam natomiast, że przez kilka lat psa nie było w moim domu.

Kiedy miałam 6-7 lat, odkryłam, że psy są naprawdę fajne i oczywiście zapragnęłam zostać właścicielką chociaż jednego, malutkiego, byle własnego. Matka nie chciała się zgodzić, za dużo obowiązków, a ja miałam iść do 1 klasy. Podjęłam wtedy ostentacyjną próbę złamania matczynego zdania, siadałam przed telewizorem kiedy na Dwójce (to chyba był kanał Drugi) leciał Animals, do dzisiaj pamiętam jak Młynarska stała z mikrofonem próbując przekonać ludzi do wzięcia biednego zwierzaka ze schroniska. Wtedy to zanosiłam się łzami, że jest tyle biednych psów a ja nie mogę jednego przygarnąć. Matka najpierw wzięła mnie na przetrzymanie, pewnie myślała, że odpuszczę za chwilę, jednak byłam tak niepokorna, że robiłam ten sam manewr cyklicznie. W końcu dostałam upragnionego pieska- jamniczkę, brązową, krótkowłosą. Ile radości było w dniu, kiedy moja matka przyniosła psie zawiniątko do domu. Bardzo szybko jednak jamniczka zaczęła pokazywać swoją niesforną naturę, gryzła dotkliwie, gdy zbliżałam się do miski, nie było mowy o wyjęciu jej z gęby kości, lub nawet przejściu obok mojej matki kiedy obydwie siedziały w fotelu w salonie. Jamniczka- Sunia, była jednak pokorną uczennicą, kiedy na horyzoncie nie było jej przewodniczki. Bardzo szybko (miałam wtedy 7-8 lat) postanowiłam ją uczyć "sztuczek" (jak to nazywałam), owe "sztuczki" polegały na przyjściu na zawołanie i przemierzaniu toru przeszkód misternie układanego z wózków dla lalek, krzeseł i wszystkiego co było pod ręką. Sunia bardzo szybko załapała o co mi chodzi i grzecznie przemierzała korytarz z różnymi przeskokami i czołganiem. Jamniczka natomiast uczyła mnie jak mam się zachować kiedy moja matka jest w pobliżu, w jaki sposób podawać jej jedzenie aby włożyć rękę do miski, uczyła mnie również rozpoznawania rodzajów szczeków i pisków- zaciekawienie, rozsierdzenie, zabawa, itd. Z zbiegiem czasu kiedy dorastałam z towarzyszki zabaw stała się towarzyszką w słuchaniu muzyki, leżeniu na kanapie i uczeniu się na różne sprawdziany i egzaminy. Sunia przeżyła 18 lat. Dojrzewałam z nią, wchodziłam w dorosłe życie z nią. Sunia się starzała... zauważyłam to już w liceum, jej siwa mordka stawała się coraz bardziej spokojna i senna, oczy zmieniły się z bystrych, w łagodne i pełne miłości. W jej ostatnim dniu, pojechałam z nią sama do weterynarza, który powiedział mi, że ona się męczy (miała raka), że już swoje lata przeżyła i że powinnam jej pozwolić odejść. Decyzja była niezwykle trudna. Zostałam z nią do samego końca. Kolejne dni spędziłam w łóżku na lekach uspokajających.

Bardzo szybko zaczęło brakować mi psiego czworonoga. Z zazdrością łypałam na ludzi wyprowadzających psy, bawiących się w pobliskim parku. Podjęłam pracę i postanowiłam wziąć, jako już dorosła osoba, psa...

Tosia- psia, yorkowa iskierka stała się ulubienicą domu i sąsiadów. Bardzo wiele osób przyciąga jej uroda i przyjazne nastawienie. Tosia uwielbia zabawy, spacery, mięsko, a ponad wszystko uwielbia lizać ludzi po twarzy, po rękach, po stopach:) Jej zrównoważony charakter i wyjątkowo uległa postawa sprawiły, że bycie obok niej jest czystą przyjemnością. Tosia po 2 latach zaczęła popadać w dziwne nastroje, kiedy byłam z nią było wszystko w porządku, kiedy wychodziłam do pracy Tośka szła do łazienki, kładła się w ciemnym koncie i nie chciała wyjść do mojego męża. Nawet mięsko nie skutkowało. Po naradzie rodzinnej postanowiliśmy wziąć drugiego yorka- chłopca o imieniu Kajtek. On to już zupełnie inna historia... niezwykle dominujący, kapryśny, wymuszacza, mały tyran próbujący podporządkować sobie wszystkich domowników. Kiedy jego "podlewanie" mieszkania stało się na tyle nieznośne, że zauważyłam, że adrenalina mi skacze, opowiedziałam wszystko pani Groomerce. Pani okazała się osobą z niezwykłą wiedzą i doświadczeniem, wytłumaczyła mi, że "podlewanie" to nie jest to samo co "siusiu" i skąd takie coś się bierze u psiego chłopca. Dała mi kilka przydatnych rad, ale ponad wszystko zmieniła mój sposób myślenia, od tego momentu rozpoczęłam drogę ku byciu odpowiednim przewodnikiem dla mojego małego stada.