Zapewne trafiłeś na tego bloga wpisując hasła typu: szkolenie pozytywne, psy, trening psów, itd. Pisząc tego posta nie mam pojęcia czy kiedykolwiek ten blog będzie służył jako pomoc w wychowaniu psiego pupila, na chwilę obecną będzie on o tym jak stawiam pierwsze kroki w szkoleniu moich dwóch psów, z których jeden jest prawdziwym ananasem:).
No dobrze, było o czym ten blog (mniej więcej będzie), teraz trochę o mnie i moich motywacjach. Cóż... towarzysz- pies był u mnie w domu od zawsze. Moja mama miała słabość do zwierząt, kiedy przyszłam na świat jako niemowlę poznawałam psa o imieniu Perełka, był to Foksterier szorstkowłosy, niestety Perełka nie była zadowolona z pojawienia się nowego członka rodziny i szybko zaczęła wyładowywać frustrację na mnie i na otoczeniu, nigdy nie była "ułożonym" psem, ale zmiana hierarchii domowej wyjątkowo ją zabolała. Bardzo szybko poznałam nastroje mojego pierwszego psa, gdy tylko miała okazję wślizgiwała się do pokoju i chwytała za moje włosy (jako osesek miałam piękną czuprynkę, niestety nie ostała się do dzisiaj:)), tarmosiła, ciągnęła. Perełka była bardzo wyjątkowa ponieważ towarzyszyła mi przy stawianiu pierwszych kroków, przychodziła kiedy raczkowałam po dywanie, była pierwszą postacią, która znajdowała się w moim zasięgu nie tylko rąk ale i wzroku. Najwcześniejszy moment jaki pamiętam z czasów bycia bobasem, to niepokój kiedy obserwowałam Perełkę. Kiedy stałam się większa i skora do zabawy, pies stał się moim naturalnym celem, nie mam pojęcia ile foksterier musiał mieć w sobie (nazwijmy to) "pokory" (chociaż nie tego słowa szukam), że nie zostałam dotkliwie ugryziona. Pamiętam moją pierwszą zabawę jaką próbowałam przeprowadzić na Perełce, a mianowicie schodząc na "4 łapy" próbowałam cwałować w jej kierunku po czym rzucać się jej na szyję. Pies do tego momentu (chociaż nie wiem w jaki sposób), wiedział już, że w sposób otwarty nie może mnie ugryźć aby przyprowadzić do porządku, dlatego bardzo sprytnie wymyśliła pewien fortel na moją osobę. Perełka stawała koło tapczanu (od dołu tapczan posiadał twarde drewno) i czekała na moment, w którym będę na tyle blisko aby się mogła swobodnie uchylić, przez co kilka razy głową uderzałam o drewno tapczanu. Po kilku takich manewrach, zrozumiałam, że nie jest to miła (dla mnie) zabawa i odpuściłam.
Zajęciem, które ówczesny pies uwielbiał to były zdjęcia. Urodziłam się 85 roku, kiedy panowały Smieny i ostre lampy błyskowe. Perełka uwielbiała wpychać się do każdego zdjęcia, jak tylko widziała, że zastygam w bezruchu aby zdjęcie ładnie wyszło przybiegała, siadała obok i przekręcała główkę.
Nie pamiętam kiedy dokładnie Perełka od nas odeszła, pamiętam natomiast, że przez kilka lat psa nie było w moim domu.
Kiedy miałam 6-7 lat, odkryłam, że psy są naprawdę fajne i oczywiście zapragnęłam zostać właścicielką chociaż jednego, malutkiego, byle własnego. Matka nie chciała się zgodzić, za dużo obowiązków, a ja miałam iść do 1 klasy. Podjęłam wtedy ostentacyjną próbę złamania matczynego zdania, siadałam przed telewizorem kiedy na Dwójce (to chyba był kanał Drugi) leciał Animals, do dzisiaj pamiętam jak Młynarska stała z mikrofonem próbując przekonać ludzi do wzięcia biednego zwierzaka ze schroniska. Wtedy to zanosiłam się łzami, że jest tyle biednych psów a ja nie mogę jednego przygarnąć. Matka najpierw wzięła mnie na przetrzymanie, pewnie myślała, że odpuszczę za chwilę, jednak byłam tak niepokorna, że robiłam ten sam manewr cyklicznie. W końcu dostałam upragnionego pieska- jamniczkę, brązową, krótkowłosą. Ile radości było w dniu, kiedy moja matka przyniosła psie zawiniątko do domu. Bardzo szybko jednak jamniczka zaczęła pokazywać swoją niesforną naturę, gryzła dotkliwie, gdy zbliżałam się do miski, nie było mowy o wyjęciu jej z gęby kości, lub nawet przejściu obok mojej matki kiedy obydwie siedziały w fotelu w salonie. Jamniczka- Sunia, była jednak pokorną uczennicą, kiedy na horyzoncie nie było jej przewodniczki. Bardzo szybko (miałam wtedy 7-8 lat) postanowiłam ją uczyć "sztuczek" (jak to nazywałam), owe "sztuczki" polegały na przyjściu na zawołanie i przemierzaniu toru przeszkód misternie układanego z wózków dla lalek, krzeseł i wszystkiego co było pod ręką. Sunia bardzo szybko załapała o co mi chodzi i grzecznie przemierzała korytarz z różnymi przeskokami i czołganiem. Jamniczka natomiast uczyła mnie jak mam się zachować kiedy moja matka jest w pobliżu, w jaki sposób podawać jej jedzenie aby włożyć rękę do miski, uczyła mnie również rozpoznawania rodzajów szczeków i pisków- zaciekawienie, rozsierdzenie, zabawa, itd. Z zbiegiem czasu kiedy dorastałam z towarzyszki zabaw stała się towarzyszką w słuchaniu muzyki, leżeniu na kanapie i uczeniu się na różne sprawdziany i egzaminy. Sunia przeżyła 18 lat. Dojrzewałam z nią, wchodziłam w dorosłe życie z nią. Sunia się starzała... zauważyłam to już w liceum, jej siwa mordka stawała się coraz bardziej spokojna i senna, oczy zmieniły się z bystrych, w łagodne i pełne miłości. W jej ostatnim dniu, pojechałam z nią sama do weterynarza, który powiedział mi, że ona się męczy (miała raka), że już swoje lata przeżyła i że powinnam jej pozwolić odejść. Decyzja była niezwykle trudna. Zostałam z nią do samego końca. Kolejne dni spędziłam w łóżku na lekach uspokajających.
Bardzo szybko zaczęło brakować mi psiego czworonoga. Z zazdrością łypałam na ludzi wyprowadzających psy, bawiących się w pobliskim parku. Podjęłam pracę i postanowiłam wziąć, jako już dorosła osoba, psa...
Tosia- psia, yorkowa iskierka stała się ulubienicą domu i sąsiadów. Bardzo wiele osób przyciąga jej uroda i przyjazne nastawienie. Tosia uwielbia zabawy, spacery, mięsko, a ponad wszystko uwielbia lizać ludzi po twarzy, po rękach, po stopach:) Jej zrównoważony charakter i wyjątkowo uległa postawa sprawiły, że bycie obok niej jest czystą przyjemnością. Tosia po 2 latach zaczęła popadać w dziwne nastroje, kiedy byłam z nią było wszystko w porządku, kiedy wychodziłam do pracy Tośka szła do łazienki, kładła się w ciemnym koncie i nie chciała wyjść do mojego męża. Nawet mięsko nie skutkowało. Po naradzie rodzinnej postanowiliśmy wziąć drugiego yorka- chłopca o imieniu Kajtek. On to już zupełnie inna historia... niezwykle dominujący, kapryśny, wymuszacza, mały tyran próbujący podporządkować sobie wszystkich domowników. Kiedy jego "podlewanie" mieszkania stało się na tyle nieznośne, że zauważyłam, że adrenalina mi skacze, opowiedziałam wszystko pani Groomerce. Pani okazała się osobą z niezwykłą wiedzą i doświadczeniem, wytłumaczyła mi, że "podlewanie" to nie jest to samo co "siusiu" i skąd takie coś się bierze u psiego chłopca. Dała mi kilka przydatnych rad, ale ponad wszystko zmieniła mój sposób myślenia, od tego momentu rozpoczęłam drogę ku byciu odpowiednim przewodnikiem dla mojego małego stada.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz