O ile wcześniej miałam do czynienia z psami agresywnymi, Tosia (w szczególności ona) a później Kajtek jawili się niczym aniołki. Tosia miała swoje incydenty typu siusianie na łóżko (!!), które nasiliło się po przyjściu Kajtka. Robiła wtedy wszystko, żeby zaznaczyć swoje terytorium... Wydawała się "dąsać" przez ok. tydzień na nowego przybysza. Szczeniak podbiegał do niej szukając ciepła i zabawy, ona za każdym razem kiedy Kajtek się do niej przytulał, wstawała ostentacyjnie i wychodziła z pokoju lub siadała metr dalej. Kajtek nie dawał za wygraną, próbował wciągnąć Tosię w zabawę. Po tygodniu, Tosia zrozumiała, że nowy towarzysz może być miłą odmianą nudnych godzin bez ludzi. Zaczęła się z nim bawić, chociaż wychodziło to dosyć koślawo. Najcenniejszym dobrem (zabawką) w oczach suczki był (i jest nadal) sznurek z dwoma węzełkami. Wzięłam więc zabawkę w dłoń i jedną częścią zachęcałam Tosię do pochwycenia w zęby, drugą zaś Kajtka. Szczeniak szybko zaskoczył, suczka natomiast potrzebowała wsparcia. Za każdym razem kiedy pochwyciła sznureczek była nagradzana "dobra dziewczynka", "taaak, tak się bawimy" bardzo miłym głosem używanym u mnie, gdy pies zrobi coś pozytywnego. Tośka wyczaiła o co chodzi i od tego czasu bawią się sznurkiem. Z początku siła bazowała na końcu sznurka Tosi, z czasem, kiedy Kajtek zaczął dorastać i nabierać bardziej samczych nawyków (o których szczegółowiej napiszę później), suczka zaczęła odpuszczać. Zauważyłam, że chłopiec nauczył się "wymuszać" konkretne zachowanie na dziewczynie, najpierw był to "pisk" używany by pokazać, że dzieje mu się krzywda, zauważył, że używając tego sygnału, Tosia puszcza węzełek. W ten sposób rozpoczął swoją drogę ku zdominowaniu słabej Tosi, a później i pozostałych domowników... Obecnie Kajtek nie używa już oseskowych "pisków", teraz warczy lub histerycznie potrafi szczeknąć, dziewczyna wtedy się poddaje, a zabawka zostaje zagarnięta dla niego.
Jak wyżej napisałam, Tosia rozpoczęła siusianie na łóżko moje, Kajtka, psie ręczniczki. Przeszło jej z czasem kiedy więź między nimi zaczęła robić się silniejsza. Być może moje krzyki "Nie wolno!" również poskutkowały, chociaż wydaje mi się, że na tamten moment nie miały zbyt dużego znaczenia.
Kiedy Kajtek zaczął wchodzić w wiek nastoletni, mając ze sobą bagaż doświadczeń (komunikacji i wymuszeń) w postaci szeregu pisków i krzyków, po podporządkowaniu sobie Tosi (która zdawała się lubić Kajtka, ale gasnąć zapałem, miała mniej wigoru, oczka wydawały się robić smutne), rozpoczął krucjatę wymuszeń na pozostałych domownikach. Kajtek siusiał do łóżka, szybko zaczął podnosić nogę i opryskiwać meble, przedmioty, a także i ludzi. Wyjechałam z mężem i z psami na długi weekend nad morze, tam- na plaży kiedy ukucnęłam aby mąż zrobił mi zdjęcie w towarzystwie Tosi, uchwycił moment, w którym Kajtuś jak gdyby nigdy nic podnosi tylną łapkę i pryska bok mojego uda. Robił tak nie tylko ze mną ale i z moim mężem oraz z Tosią. Liczne incydenty zaczęły robić się coraz bardziej nieznośne. Wyobraź sobie mieszkanie z psem, który co chwilę podlewa Twoje meble, siusia na Twój tapczan, a ty "posłusznie" dzień w dzień padasz na kolana ze szmatą i kubłem wody z dodatkiem detergentu i szorujesz jego nazwijmy to "ambicje". Na tym etapie nie bardzo zdawałam sobie sprawę co właściwie Kajtek chce nam przekazać, o co chodzi w takim zachowaniu, i że "opryski" to co innego niż "siusiu". Kajtek bowiem (zresztą tak jak i Tosia) załatwia swoje potrzeby i na dworze i w domu na podkład umieszczony na korytarzu. Trochę mu zajęło, zrozumienie, że to na tym białym, dziwnym, mięciutkim ma zrobić siusiu, ale w końcu zrozumiał. Tak, że chodził siusiu na podkład, a opryski mieszkania swoją drogą. Oczywiście, kiedy przyłapywałam chłopca na podnoszeniu nogi na róg od drewnianej komody, brałam za szmaty i na podkład mówiąc "siusiu tu", co później okazało się kompletną pomyłką. W późniejszym czasie (między innymi za sprawą Groomerki) doszło do mnie, że Kajtek oznacza terytorium, i że siusiu robi poprawnie, a niepoprawne zachowanie to zupełnie inna bajka. Musiałam zdać sobie sprawę z tego, że to mój dom i moje terytorium, i że takie zachowania są niepożądane. Nauczyłam się "hukania". Polegało to na tym, że ilekroć zobaczyłam Kajtka podnoszącego łapę na bok tapczanu czy komody głośno hukałam "Łuuuu!" niskim tonem, do tego klaśnięcie i tupnięcie. Mina szczeniaka była niesamowita, przerwałam jego zachowanie i dałam mu do zrozumienia, że tak nie wolno się zachowywać. Używając w momentach nagannych tego typu tonu szybko sprawiło, że chłopiec przestał również podnosić nogę na mnie czy na mojego męża. Sukces przyszedł stosunkowo szybko, chociaż tapczan okazał się być miejscem walki o dobra człowieka i psa...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz